wtorek, 13 sierpnia 2013

Ścieżki Przeklętych: Popioły Middenheim część II

    (kontynuacja części I) Karczma na dole tętniła życiem. Krasnoludy znalazły stolik, a Gotrek podskoczył do baru złożyć zamówienie na porządne śniadanie. Wrócił z lekko zdziwioną miną.
-        Pytałem o ostrouchych, ale podobno gdzieś w nocy wychodzili i wrócili dopiero nad ranem.
     Profes machnął ręką. "Czego byś chciał, w końcu to dwa elfy, może chcieli pobyć sami ze sobą he he he...".
-        Z ogrem? - spytał zdumiony Gotrek.
   Czasu na dłuższą dyskusję nie było, podano śniadanie a po chwili przy stole pojawili się Amarilla i Sokół. Po dłuższej dyskusji Amarilla przekonała drużynę, że zanim wszyscy rusza szukać czegoś do roboty, powinni jeszcze raz pojawić się u kapitana, a być może on będzie miał coś do zaoferowania. Po śniadaniu wszyscy ruszyli w drogę.
Gdy zmierzali raźnym krokiem ulicami miasta drogę zastąpił im oddział straży miejskiej.
-        Stać w imieniu prawa! Macie się natychmiast stawić u komendanta! - padł znany już drużynie okrzyk.
Bohaterowie spojrzeli po sobie, ale zdecydowali się nie wszczynać awantury i ruszyć ze strażą. W końcu wczoraj z komendantem jakoś się dało dogadać, ciekawe czego dzisiaj będzie od nich chciał. Podążając przez miasto dotarli w końcu do znajomego budynku i do komnaty komendanta, siedzącego za biurkiem i wyglądającego jakby od wczoraj zza niego się nie ruszał. Naszą drużynę nieco zaniepokoił jedynie fakt, że strażnicy nie opuścili pokoju.
Komendant uniósł głowę znad papierów i wstał.
-        W dniu wczorajszym w mieście doszło do zabójstwa. Kanonik Morten został znaleziony martwy w swoim gabinecie - a wy byliście ostatnimi, którzy go widzieli żywego. Muszę was prosić o złożenie broni - jesteście aresztowani.
Po chwili ciszy wybuchł niesamowity harmider. Kuldar protestował, że poprzedniego wieczora jeszcze nawet nie znał tej bandy, Sokół pytał o co w ogóle tu chodzi a Gotrek szybko kalkulował szanse na wyrwanie się z budynku przy użyciu siły - chociaż nie wyglądało to zbyt różowo. W końcu przez hałas przebił się głos Profesa.
-        Komendancie, jesteśmy niewinni i możemy to udowodnić. Nie ma potrzeby nas aresztować skoro na miejscu możemy krok po kroku powiedzieć co robiliśmy wczorajszego dnia. Gdy opuszczaliśmy siedzibę kanonika, to wyglądał on na jak najbardziej żywego. To, co się teraz dzieje świadczy o tym, że ktoś nas w coś wrabia - kto wie jak się skończy nasze aresztowanie - dodał, kładąc dłoń na rękojeści topora.
Komendant huknął pięścią w biurko które głośnym trzaskiem zaprotestowało przeciwko tak brutalnemu traktowaniu
-        Niech do was dotrze, że nie mam prawa was przesłuchiwać i decydować o waszej winie. Zatrzymani jesteście tylko do jutra, do czasu przybycia kapłanów Vereny, którzy będą odprawiali sąd. To oni będą decydować o waszej wiarygodności. A teraz po raz ostatni proszę was o złożenie broni.
Profes rozważył sytuację. Komendant wydawał się mówić prawdę, a sądowi kapłanów Vereny mógł się spokojnie poddać. Przez chwilę przeleciał mu przez głowę błysk podejrzenia, kiedy przypomniał sobie, że przecież elfy w nocy opuściły gospodę, ale doszedł do wniosku, że nawet gdyby cokolwiek, to jakoś się z tego wytłumaczy - w końcu krasnoludy piły całą noc i na pewno wszyscy potwierdzą, że były całą noc w gospodzie. Wyciągnął topór zza pasa i podał najbliższemu strażnikowi.
-        Pilnuj go dobrze, to starożytne dziedzictwo mojego rodu - powiedział, nie zwracając uwagi na stłumione parsknięcie Gotreka, pamiętającego w jaki sposób Profes wszedł w posiadanie topora.
Reszta drużyny poszła w ślad za Profesem, oddając broń i pozwalając się zaprowadzić do niewielkiej ale w miarę wygodnej celi w piwnicy budynku, w której mieli spędzić noc. Kuldar ciągle marudził, że jest niewinny ale w końcu uspokojono go stwierdzeniem, że skoro jest nie winny to jutro go wypuszczą Po skromnej, więziennej kolacji drużyna położyła się spać, z niepokojem oczekując co przyniesie kolejny dzień.
Rankiem całą grupę zaprowadzono do komnaty w której już oczekiwał na nich komendant, skryba oraz trzy zakapturzone postacie w szatach Vereny. Gdy odrzuciły kaptury rozległ się zbiorowy jęk krasnoludów. Mało, że wszystkie trzy postacie okazały się być kobietami, to jeszcze dwie z nich bez wątpliwości były elfkami. Kuldar westchnął pod nosem "no to mamy przerąbane".
Przesłuchanie ciągnęło się dłuższy czas. Bohaterowie skrupulatnie opowiadali co robili poprzedniego dnia i nocy. Karczmarz i kurtyzany potwierdziły, że krasnoludy nigdzie się nie ruszały w nocy z karczmy. Krasnoludy czujnie zastrzygły uszami oczekując wyjaśnień efów, ale Amarilla stwierdziła tylko, że była z wizytą w lokalnej gildii magów, co także potwierdził jej przedstawiciel. W końcu przesłuchanie zostało zakończone a cała drużyna wyprowadzona do sąsiedniej komnaty aby tam oczekiwać na wyrok. W końcu wprowadzono ich z powrotem.
-        Niewinni...niewinni...niewinni - trzy razy powtórzone przez kapłanki zabrzmiało jak najlepsza muzyka w uszach drużyny. Kapłanki opuściły komnatę żegnane ukłonem komendanta. Ten odwrócił się do bohaterów.
-        Oddać im broń. Jesteście wolni.

2.     W służbie Białego Wilka
Profes wsadził odzyskany topór za pas, przyglądając się jak jego towarzysze z ulgą przywdziewają swój ekwipunek. Zamyślił się na chwilę.
-        Komendancie - zapytał - odwiedzaliśmy Kanonika Mortena aby mu oddać pewien artefakt, który przechowywany był w Untergarcie. Czy on mógł być powodem śmierci kapłana?
Drużyna z zainteresowaniem zastrzygła uszami - w pierwszej chwili nikomu taki pomysł nie wpadł do głowy.
Komendant przeciągle popatrzył na wciąż jeszcze dopinających ekwipunek na sobie bohaterów, po czym machnął ręką do strażników. "Zostawcie nas samych". Gdy został sam na sam z bohaterami wyszedł zza biurka i zaczął się przechadzać z założonymi za plecami rękami.
-        Od początku wierzyłem w waszą niewinność - stwierdził rzeczowo - niestety prawo stanowi, że musi w takiej sytuacji dojść do przesłuchania, więc nie miałem wyjścia, ale wiedziałem, że wyjdziecie z tego bez zarzutów.
Zatrzymał się w miejscu i odwrócił do bohaterów.
-        Czy podjęlibyście się próby wyjaśnienia przyczyny śmierci kanonika Mortena?
Drużyna z niepewnymi minami rozejrzała się po sobie. Nikomu nie śpieszyło się by pakować się w służbę prawa. W końcu jednak chór głosów potwierdził gotowość do współpracy z komendantem.
-        Znakomicie. Wydam wam glejty potwierdzające waszą pracę dla milicji miejskiej Middenheim. Rozejrzyjcie się po komnacie kanonika. Jego ciało jeszcze tam spoczywa.
Drużyna wzięła glejty i w ciszy ruszyła ku miejscu, gdzie zaledwie dwa dni wcześniej kanonik dziękował im za dostarczenie artefaktu. W świątyni poprowadzono ich wprost do komnaty kanonika.
Pierwsze, co rzuciło się drużynie w oczy to kanonik – wyglądał jakby drzemał na swoim fotelu, z głowa lekko przechyloną w tył. Przed nim na biurku leżały jakieś papiery, pióro wciąż jeszcze było zanurzone w kałamarzu. Amarilla i Profes spojrzeli się po sobie i równocześnie rzucili się by przyjrzeć się papierom – niestety nie było na nich nic zapisane, a ślady odciśnięte pisaniem na poprzedniej kartce były ledwie widoczne i nie pozwalały na zapoznanie się z treścią pisma. Amarilla z Profesem zaczęli się rozglądać po pokoju, podczas gdy Gotrek zainteresował się ciałem kanonika.
-        Hej – dał się po chwili słyszeć jego głos – zobaczcie tutaj.
W karku kanonika, ledwo widoczna tkwiła mała strzałka. Kuldar bez namysłu po nią sięgnął ale Amarilla strzeliła go błyskawicznie po rękach.
-        Gdzie? Skąd wiesz, czy nie zatruta albo magiczna?
Cała piątka z powątpiewaniem popatrzyła na strzałkę.
-        Przydałby się ktoś, kto stwierdzi, czy to magiczne – rzucił Genfannean – Amarilla, może twoi znajomi z gildii magów?
-        Znajomi jak znajomi, ale zapytać nie zaszkodzi. Czekajcie i nie ruszajcie niczego! – rzuciła Amarilla po czym wyszła komnatę. W ślad z Amarillą pognał Profes.
Po około godzinie wrócili w towarzystwie elfa – najprawdopodobniej maga. Ten skinął wszystkim głową, po czym bez zwłoki podszedł do zwłok. Nachylił się nad strzałką, przyjrzał się jej, po czym zręcznie chwytając za lotkę wyrwał ją z ciała.
-        Widzicie te ślady na ostrzu? To spaczeń. Nie dotykajcie tego jeżeli wam zdrowie i życie miłe.
Rozejrzał się po pomieszczeniu, po czym wyłowił spomiędzy fałd szaty niewielkie pudełko i wrzucił tam strzałkę. Podał pudełko Amarilli.
-        Proszę – trzeba to zabezpieczyć, ewentualnie zniszczyć. Ja chyba tu już nie mam nic więcej do zrobienia.
Amarilla podziękowała mu za pomoc – bądź co bądź oderwała go od jego zajęć – po czym wróciła wraz z resztą drużyny do oględzin pokoju. W sumie nie było wiele do oglądania – pokój był skromny, urządzony bez przepychu. Uwagę bohaterów przykuło okno, ale nie widać było niczego niezwykłego. Zresztą pokój znajdował się na pierwszym piętrze.
Amarilla słuchała jednym uchem przepytywanych przez resztę drużyny świadków, i zastanawiała się, jak w ogóle zabójca mógł się dostać do komnaty niezauważony. Podeszła jeszcze raz do okna i dokładnie mu się przyjrzała. Jej uwagę zwróciły rysy na ramie okna i parapecie. Cos jakby ślady…pazurów? Gdy ucichły dyskusje i pytania a komnata opustoszała, przywołała resztę drużyny i wskazała im dostrzeżone ślady. Genfannean poczuł się w swoim żywiole i ruszył na dół, żeby sprawdzić ślady – jednak szybko stwierdził, że przy tak paskudnej pogodzie i błocie pod oknami nie ma szansy na znalezienie czegokolwiek. Drużyna znowu zebrała się w komnacie. Po krótkiej naradzie stwierdzono, że nie ma już co kombinować – więcej śladów się nie znajdzie, a to, co się udało ustalić daje jakiś punkt zaczepienia i trzeba to pokazać komendantowi.
Na komendzie straży zaprezentowano komendantowi znalezisko, i przekazano wszystko, co udało się ustalić.
Komendant widząc strzałkę pokiwał tylko głową. „To już czwarte takie zabójstwo w ostatnim czasie. Zawsze w ciele znajdujemy taką właśnie strzałkę. Poproszę porucznika, żeby wam przekazał informacje na temat pozostałych zabójstw – może uda się wam coś wytropić, czego nam się nie udało.”
Porucznik opowiedział drużynie o pozostałych zabójstwach. Pozornie nic ich nie łączyło – odźwierny w krasnoludzkiej Gildii Inżynierów, strażnik miejski w pobliżu Kolegium Teologii i nieznany wojownik, znaleziony w jednym z zaułków miasta. Nie znaleziono innych śladów po za strzałkami w ciele ofiar. Po krótkiej dyskusji, drużyna zdecydowała się po kolei sprawdzić, czego uda im się dowiedzieć o poszczególnych ofiarach.
***
Nad Middenheim powoli zapadał zmrok. Drużyna maszerowała w kierunku murów miejskich. Na jej końcu wlókł się Profes, cały czas po nosem mamrocząc coś po krasnoludzku, co nie brzmiało bynajmniej jak pochwalne hymny. Przypomniał sobie bezpośrednią dyplomację Gotreka, która spowodowała, że wyrzucono ich z Kolegium Teologii. Aż wzdrygnął się, wspominając dyplomację w wykonaniu Gotreka i Kuldara – czyli szturm z toporami na główną bramę siedziby Gildii Inżynierów, oraz dyplomację Amarilli przekupującej krasnoludy garncami piwa. Pokręcił głową – gdyby miał decydować co było gorsze, to miałby problem. „Cholera, teraz już chyba do końca życia nie będę mógł się w tutejszej gildii pokazać” wyrwało mu się. Odpowiedziała mu zdumiona cisza i spojrzenia pozostałej czwórki. Genfannean szturchnął krasnoluda. „I co się tak przejmujesz, przecież udało nam się całkiem dużo dowiedzieć. Wiemy, że krasnoludom gwizdnięto plany kanałów, wiemy, że prawdopodobnie szukano tych planów w Kolegium”.
-        Ale nie wiemy nic więcej – parsknął Profes – a w dodatku niewykluczone, że nie dowiemy się niczego więcej bo nie będą chcieli z nami gadać. Dobrze, że w siedzibie Zakonu Panter nie udało wam się nikogo obrazić, bo moglibyśmy stamtąd żywi nie wyjść.
Amarilla do tej pory milcząca odezwała się nagle. „Mnie bardziej interesuje ten nieznany zabity, rycerz. Najwyraźniej nikt nie zna zakonu czy organizacji posługującej się maksymą Ordo Fidelis. Wiemy chociaż, że to nie Bretończyk – a przynajmniej tak twierdzi ten giermek poszukujący swojego pana”.
-        Niby tak – mruknął Profes – tylko to dalej więcej pytań niż odpowiedzi. Aż się boję, co znajdziemy w kanałach…Tam przecież prowadziły ślady od miejsca zabójstwa tego rycerza.
Drużyna pracowicie wspięła się na mury. W zapadającym zmroku ledwo było widać wylot kanału. Profes podrapał się w głowę. „Może rano wrócimy?” zaproponował. Gotrek puknął się w czoło. „I co, myślisz, że rano w kanałach będzie jaśniej? Przynajmniej może wyjdziemy z powrotem za dnia”.
Dyskusja na murach stawała się coraz bardziej zawzięta, a w ferworze wymiany argumentów nikt nie zwracał uwagi na wybicie ciszy nocnej. W pobliskich domach zaczęły się zapalać światła a z okien dobiegać niewybredne sugestie, co za chwile stanie się z bohaterami jeżeli ci się nie zamkną. Nagle Genfannean kątem oka dostrzegł zbliżające się do muru jakieś sylwetki. Z ich głów spływały jakieś dziwne kształty. Elf zamarł. „Pomioty Chaosu” wrzasnął, przerywając na chwile zażartą dyskusję. Gotrek niewiele myśląc odwrócił się w kierunku wskazanym przez Genfanneana i z okrzykiem „Lać na nich” błyskawicznie wprowadził swoją zapowiedź w czyn. Rzekome pomioty odpowiedziały gromkim „Lać psubratów” i ruszyły chwiejnym biegiem ku schodom prowadzącym na mury, potrząsając wygolonymi głowami z których spływały pojedyncze pasma włosów. „No ładnie” pomyślał Sokół, do którego dotarło co się stało. „Kozacy z Kislevu…To ja chyba wolałbym pomioty chaosu…”. Na szczęście Amarilla nie straciła zimnej krwi. Stanęła u szczytu schodów na które pięli się Kozacy i uniosła dramatycznym gestem dłoń w górę. „Odstąpcie, zanim was ogień piekielny pochłonie!” wykrzyknęła, a jej słowom dodał wymowy grzmot który przetoczył się nad miastem. Kozacy Kislevscy wbrew obiegowym opiniom myślą nawet po dużej ilości alkoholu więc zawahali się wyraźnie i zatrzymali. W końcu po krótkiej szeptanej debacie jeden z nich wykrzyknął „Tfuu wiedźma, a żeby cię!”, po czym wszyscy wrócili na ulicę, aby szukać kłopotów w innym miejscu. Genfannean otarł pot z czoła. „Wiecie co, ruszajmy do tych kanałów, inaczej możemy nie doczekać kolejnej szansy”.
W końcu dotarli na miejsce i zaczęli po kolei spuszczać się na linie na dół. Gdy Amarilla jako pierwsza dotarła do kraty ku swojemu zdumieniu – ale i zaniepokojeniu – zauważyła, że krata jest przepiłowana i nie stanowi żadnej przeszkody w dostaniu się do kanału – lub wydostaniu się z niego. Podzieliła się ta myślą z resztą drużyny – jednak nikt nie był specjalnie zainteresowany słuchaniem – smród był taki, że wszyscy pracowicie pozbywali się ostatniego posiłku. Kuldar w końcu stanął chwiejnie na nogach. „Pójdę przodem; reszta za mną a Gotrek niech pilnuje tyłów” wykrztusił z siebie i powoli ruszył naprzód. Chwile później ostrożność okazała się uzasadniona – ze szlamu wyprysnęła jakaś humanoidalna postać i rzuciła się na drużynę. Kuldar zdołał się wykazać nieziemskim refleksem parując cios szponów napastnika, unikając jakiś cudem pchnięcia sztyletu Amarilli które z założenia było przeznaczone dla atakującego ghula po czym solidnym łukiem topora kończąc tą jednostronną walkę. Odetchnął głębiej na chwilę zapominając o smrodzie. „No, dobra nasza. Amarilla, tylko jedna prośba na przyszłość – NIE POMAGAJ!”. Profes szybko go uciszył. „Nie wiadomo, co jeszcze się przed nami kryje. Idziemy dalej.”
Korytarz prowadził w głąb, jednak w pewnym momencie w jego bocznej ścianie pojawiło się wyglądające na świeże rumowisko i dziura, prowadząca gdzieś w bok. Po krótkiej dyskusji ostrożnie ruszono w jej głąb. Kroki drużyny odbijały się echem po sklepieniu. Nagle Kuldar dał sygnał do zatrzymania się. Wskazał palcem cos majaczącego przed nimi. „Szczuroludź” szepnął do Gotreka. „Wal w niego z kuszy, nie widzi nas jeszcze”. Gotrek posłusznie napiął kuszę, wycelował i wystrzelił. Bełt trafił przeciwnika, ten jednak powalony na ziemię impetem uderzenia zdołał się podnieść i próbował ucieczki. Kuldar nie dał mu na to żadnych szans.
-        No – sapnął ocierając topór – na razie dwa do zera. Hej, co wy robicie?
Gotrek i Genfannean rzucili się do przeszukiwania truchła. Kuldar niewiele myśląc poszedł w ich ślady. Profes rzucił okiem na Amarillę, która pokręciła lekko głową. Po chwili jasne się stało, że szukający znaleźli więcej niż szukali – ręce Gotreka i Kuldara zaczęły się pokrywać jakąś paskudną wysypką. Elf widząc to odskoczył błyskawicznie i zaczął się gorączkowo oglądać, po czym odetchnął z ulgą nie widząc żadnych śladów. Amarilla z bezpiecznej odległości przyjrzała się obu drapiącym się krasnoludom. „No tak, ropna ospa – stwierdziła z przekąsem. „Zacznijcie lepiej zbierać na leczenie i to szybko”. Gotrek chciał się odgryźć, ale stwierdził, że nawet język go swędzi i dał sobie spokój.
Czujnie drużyna ruszyła dalej, wypatrując śladów szczuroludzi. Na czoło wysunął się najciszej poruszający się elf. Po chwili dał drużynie znak do zatrzymania się i na chwile zniknął w ciemnościach. Wrócił z zatroskaną miną.
-        Sześciu skavenów. Trzech na szczęście śpi, ale dwóch kolejnych gra w kości a ostatni – wielkie bydlę – siedzi przy stoliku z boku.
-        Trzeba ustrzelić tych dwóch grających – wtrącił się Gotrek. Profes, Amarilla i Genfannean mogą się zająć śpiącymi  A my z Kuldarem zarzniemy tego dużego. Prosto i efektywnie.
Reszta drużyny szybko przystała na ten pomysł. Powoli cała drużyna podsunęła się do wejścia do komnaty w której elf znalazł szczury i przygotowali się do walki. Na sygnał szczęknęły cięciwy a po chwili cała drużyna wyprysnęła z korytarza.
Zgodnie z przewidywaniami dwaj skaveni zajęci grą w kości nie zauważyli nawet co ich zabiło – bełty i strzały zmiotły ich z siedzisk na których spoczywali i powaliły na ziemię.
Kuldar unosząc topór biegł ku olbrzymiemu skavenowi, który widząc padających towarzyszy zerwał się na równe nogi. Ku przerażeniu Kuldara porwał ze stołu niewielką dmuchawkę i posłał strzałkę prosto w Zabójcę. Ten zdołał jakimś cudem się uchylić, ale gdy płynnym ruchem zabójca odrzucił dmuchawkę i dobył zza pasa drugą, nie miał nawet czasu zakląć – strzałka wbiła mu się w pierś a on sam wpadł pełnym impetem na stwora. Czując, że siły gwałtownie go puszczają machnął rozpaczliwie toporem, jednak skaven z łatwością sparował cios po czym jednym cięciem szabli powalił krasnoluda na ziemię. Kuldar padając dostrzegł jeszcze jak przez mgłę, że zamiast dobić go, skaven odwraca się ku biegnącemu z chrzęstem zbroi Gotrekowi i ogarnęła go ciemność.
Tymczasem Amarilla i Profes mieli nieco problemów. Wprawdzie dwóch skavenów udało się szybko i sprawnie zarżnąć, jednak Genfannean zawalił sprawę - trzeci zerwał się z posłania i postanowił nie oddawać tanio swojego życia. Amarilla i Profes robili co mogli, ale żadne z nich nie było wojownikiem, więc uporanie się z zagonionym do końca szczurem nie było łatwe. Amarilla została poważnie trafiona, jednak elf i krasnolud na spółkę zdołali go dobić. Wtedy odwrócili się ku odgłosom dobiegającej zza ich pleców walki…
***
Unik, półobrót, cios, unik, czas jakby zamarł w tym dzikim tańcu. Przeciwnik Gotreka okazał się nie lada wojownikiem. Pancerz doskonale chronił jego wątłe ciało. Jednak nawet on nie był w stanie uratować go przed potwornymi ciosami wymierzonymi w krtań, które dosłownie oddzieliły głowę od ramion. Gdy zwłoki skavena zwaliły się na ziemię zapadła cisza, przerywana tylko jękami rannej Amarilli…Zatroskani bohaterowie pochylili się nad Kuldarem i elfką…


"Pisał Profes"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz